COACH – wytrenuje Twoje dziecko.

Coachowie – trenerzy od dzieci, radzą – wytrenuj swoje dziecko. A ja zastanawiam się czy wogóle można korzystać z porad takich coachów.
Czy ten trening to nie TRESURA?

Swojego czasu często dumałam, czy dzieci powinno się powierzać pod dłuższą opiekę dziadkom-  jakby nie było to “inna epoka”.

Wiele w wychowaniu poprzednich pokoleń było lepszego od dzisiejszych trendów, chociażby intuicyjne działanie i podejmowanie wyborów ale też gorszego, choćby sporo konserwatywnych zasad i teorii nijak mających się do możliwości naszego obecnego życia, czy badań na dzieciach.
Jestem zdania, że gdyby dziadek czy babcia nie trzymali się tak swoich zasad i zatwardziałych przekonań, to dziecko powierzone ich opiece będzie otoczone niezwykłą miłością i najlepszą intencją.
Coach dziecięcy jest obcym człowiekiem dla rodziców i dziecka. Pretenduje by stać się jego mentorem, przyjacielem, stara zdobyć autorytet by dziecko zaczęło go słuchać i zmienić  obecne zachowanie. Niestety to może być autorytet zdobyty drogą strachu czy nakazu a nie podziwu. Osoba coacha często nie ma tolerancji dla odmienności osobowości dzieci. Podejście jednakowe dla wszystkich wydaje im się bardziej naukowe. Taka “super niania” to ktoś kto tylko doradzi sfrustrowanemu rodzicowi, jak sobie poradzić z niesfornym zachowaniem dziecka. Po uprzednim rozpoznaniu, ustali plan jak je wytrenować by nie sprawiało dłużej obecnych problemów wychowawczych.

Pytanie czy taka osoba określi wnikliwą diagnozę problemu i wspólnie z nią dojdziemy do korzeni i przyczyn problemu? -czy owy system modelu pracy polega jedynie na ocenie zastanego obecnego stanu rzeczy i nakreśleniu powierzchownych rozwiązań, które prowadzą do krótkofalowych efektów w dziecku,w jego reakcjach.

dziecko

coaching

Cofniecie się do genezy i znalezienie przyczyn u podstaw, w przeszłości, a następnie budowanie nawyków od nowa jest klasykiem resocjalizacji.
Jeśli pragniemy zwalczyć jakąś patologię w pieniu drzewa musimy wpłynąć od korzenia. Zacząć podlewać nowym, zdrowym “pokarmem”, stymulować właściwie.
Jeśli nie cofniemy się do podstaw problemu, zmiana w dziecku będzie jedynie tresurą, a geneza problem nie zniknie wewnątrz dziecka. Zostanie powierzchownie stłumiona na krótki czas albo pojawi się niebawem w “innym miejscu” pod inną postacią patologicznych reakcji dziecka. To właśnie jest niebezpieczeństwo półprofejonalnego działania na żywym organiźmie.

Zatem warto się zastanowić, zanim taka osobę wynajmiemy do pomocy, czy chcemy kupić sobie spokój, czy realnie pomóc dziecku.
Czy przypadkiem nie wytrenujemy dziecka poprawnego i grzecznego, przyjaznego dla ogółu otoczenia, szkodząc jego pierwotnej osobowości?


Wracając do tresury dziecka, który jest głównym tematem rozważań tego posta, podam pierwszą metodę proponowaną przez nowoczesnych coachów.
Trend nazwałam “Niech się wypłacze”. Polega na tym by odłożyć małe dziecko do łóżeczka czy na podłogę i pozostawienie je tam, póki nie przestanie płakać.
Efektem takiego ignorowania płaczu dziecka, koniec końców będzie spowodowanie, że ono przestanie sygnalizować swoje potrzeby czy odczuwany dyskomfort bo zakoduje sobie, że wiele razy nadawanie w ten sposób sygnału, nie przynosi mu ulgi ani reakcji ze rodzica, na którą liczy.
Czy chcemy tego dla swojego dziecka? Czy pomyśleliśmy o tym jak takie “wytrenowanie” wpłynie na jego zachowanie i charakter w przyszłości, czy nie stanie się człowiekiem, który nie będzie manifestował swoich potrzeb i wyrażał uczuć. Czy właściwszym rozwiązaniem nie jest nauczenie się “czytać” sygnałów wysyłanych przez dziecko, także pod postacią płaczu?
Dziecko nie manipuluje nami (jak to kiedyś usłyszałam), nie wie co to znaczy, nigdy nie płacze bezzasadnie. Dziecko może zacząć manipulować w przyszłości, gdy dorastając obserwuje takie manipulacje w rodzinie,szkole czy otoczeniu. Jeśli uwrażliwimy się na dziecko w okresie niemowlęcym, z pewnością za niedługi czas zaczniemy rozróżniać jego rodzaje kwilenia czy płaczu, mimikę jaka w tym czasie jawi się na jego buzi. Będziemy wiedzieli jak postąpić i szybko zaspokoić jego potrzebę. Nieraz ta może być niestandardową, wtedy szukanie przyczyny i znalezienie rozwiązania zajmie trochę więcej czasu ale nadal nie jest to ze strony potomnego manipulacja. Jedynie pewnie jakąś niestandardową potrzebą czy bólem, który go drażni.

Druga metoda to “Wyznaczanie granic”. Zasada znajduje zastosowanie na przykład w kuchni, w której matka dziecka ma swoje królestwo. Coache doradzają by przeznaczyć dla dziecka jedną szufladę na zabawki. Ta będzie mu przydzielona i dla niego dostępna. Inne szuflady i miejsca “królestwa” są nietykalne dla malucha. To tak zwane wyznaczanie terytorium. We mnie budzi to pytanie: Jak dziecko ma poznawać świat jeśli są takie miejsca “tabu” w jego codziennej napotykanej przestrzeni wizualnej i dotykowej? Jak ma się bodźcować, kiedy gdy próbuje to zrobić, słyszy:”Nie dotykaj Kochanie, tutaj jest miejsce mamusi, Jasia jest tylko tam”.

Oczywiście wielu z Was powie dziecko na swój wiek wie to co ma wiedzieć i to wystarczy, przyjdzie czas to się dowie do czego służy reszta. Tym czasem dziecko mogłoby nie używać tych wszystkich kolorowych zabawek z plastiku czy nawet z ekologicznego drewna. Realnie maluch znajduje inspirację na każdym kroku, może nim być wszystko co napotyka w otoczeniu. Chociażby pojemniki z przyprawami, kolory, zapach, struktura. Jeśli ograniczymy w sobie myśli, że dziecko wszytko powysypuje, pomiesza a nam zostanie sprzątanie, tym samym zrobimy wielki krok w stronę właściwego rozwoju swojego dziecka i jego jakże ważnego doświadczania świata.

Trzecia zaobserwowana przeze mnie metoda coachingowa stosowana na dzieciach, nosi nazwę:“Nie noście dziecka za często na rękach bo się przyzwyczai”.
Stosując się do tego paradygmatu, odbieramy dziecku możliwość uczestniczenia w codziennych naszych czynnościach, które wbrew pozorom są dla dziecka bardzo inspirujące i kształtujące. Dziecko mające możliwość doświadczania ludzkich głosów podczas naszych spotkań, obserwowania otoczenia, czuje się bezpieczne a jego chęć poznawania świata jest zaspokojona.
Oczywiście takie noszenie jest możliwe dzięki chuście, trudno się nie męczyć trzymając ciągle dziecko na rękach, chusta daje nam dodatkowo możliwość wolnych obu rąk. Noszenie na rękach, męczy nas i dlatego odkładamy szybciej i częściej dziecko do wózka czy łóżeczka, wtedy czuje ono niedosyt bo wie, że znów wraca do mało inspirującego miejsca. W chuście często usypia i kiedy je odwiązujemy i dopiero wtedy odkładamy, dziecko nie uczestniczy świadomie w procesie “odkładania”, nie ma powodu do niepokoju i dyskomfortu.

To moim zdaniem najlepsze rozwiązanie, spójne z teorią rodzicielstwa bliskości (RB).


Pamiętajmy, że im starsze dziecko tym coraz bardziej staje się ono odbiciem naszym i swojego najbliższego otoczenia. To od Was samych zależy jakie ono będzie.Powinniśmy chcieć dać swoim dzieciom narzędzia pozwalające na odniesienie sukcesu w życiu. To nie są tylko – wiedza i umiejętności, ale także nastawienie pozwalające zarządzać czasem i swymi emocjami.

Article Tags : , ,
mhphilosophy
Marti Halezino
Przeczytaj również

Weź udział w dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

↓